Byl luty. E. M. H. i ja (podpowiem- same Polki), postanowilysmy z Novego Sadu pojechac nad morze. Na weekend. Hm…. Wsiadlysmy w piatek wieczorem w pociag i ziuuuuuuuuuuu nad morze. Cala noc i pol dnia. W lutym. W nieogrzewanym pociagu. Z jakas smieszna iloscia marek (tak tak wtedy byly jeszcze marki i taka podroz w jedna strone wynosila kolo 11 marek, hihi-piekne czasy). Wysiadlysmy w Barze jak glupie- luty, a tu morze, pomarancze na drzewach, cieplo…Mmmm…Autostopem przemierzylysmy w dwa dni odleglosc Bar- Herceg Novi ( gdzie byl akurat festiwal kwiatow!!!). Jedna noc spalysmy w Budvie- nie podoblo nam sie tam, dretwo bylo. Pieknie bylo w Kotorze…Po drodze do Kotoru zezowaty Aleksandar ktorego widzialam pierwszy raz w zyciu oswiadczyl mi sie. W Herceg Novi spedzilysmy noc w samochodzie wlascicielki sklepu, bo nie mialysmy kasy na nocleg. Pani co godzina donosila nam gorace mleko, jej tesciowa byla Polka i dzieki temu ulitowala sie nad nami :).
Spotkalam bezzebnych Czarnogorcow ktorzy wysmienicie znali tworczosc Wajdy.
Bardzo dobrze wspominam to szalenstwo. Bo to bylo szalenstwo. Piekne szalenstwo. Po powrocie do NS sie pochorowalysmy z powodu zmian temperatur i nie chodzilysmy na zajecia. Ka-ry-god-ne :P