Każdy z nas emigrantów ma swoją historię. Nikt z nas nie przyjechał na Wyspy bez powodu. Jedni z nas przyjechali na „chwilkę”, inni na stałe. Są wśród nas tacy którzy zostawili w kraju rodzinę , są i tacy co przyjechali ze współmałżonkami, dziećmi. Wśród tej drugiej grupy są zarówno ci co przyjechali na kilka lat, jak i oczywiście emigranci na całe życie. Dzieci jednej i drugiej grupy w sierpniu poszły do szkockich szkół. Często wyrwane ze swojego znanego środowiska, oderwane od znajomych, języka ojczystego i kultury. Machamy ręką- dzieci się szybko przystosują. O 9.00 zostawiamy malucha przed szkołą, papa będziemy z powrotem o 15.00. Drzwi szkoły się zamykają. A za nimi się kłębią dziecięce frustracje, trauma i rozpacz. Wrzucone w nowe środowisko, z zupełnie nieznanym językiem dziecko przechodzi kryzys własnej wartości. Przez pierwsze miesiące jest w jakimś sensie zepchnięte na margines- nie umie się wypowiedzieć, boi się własnych możliwości komunikacyjnych. Kilka dni temu w szkockiej prasie ukazał się artykuł dotyczący dzieci emigrantów. Kilkanaście tysięcy dzieci w szkockich szkołach nie zna angielskiego!! Nauczyciele są również sfrustrowani brakiem należnej komunikacji nie tylko z uczniem ale i z jego rodzicem, albowiem rodzice beztrosko żyją nadal w swojej małej ojczyźnie- mają satelitarną TV, kupują w polskich sklepach (z wiadomych względów używam nas Polaków jako przykładu), idą do bibliotek po polskie książki, ulotki w urzędach też są dostępne w języku polskim. A przecież skoro podjeliśmy decyzję o emigracji to powinnismy ponieść pełne konsekwencje naszej decyzji! W UK językiem urzędowym jest angielski, nie polski. Dla dobra naszych dzieci powinniśmy wyjść z naszych gett. Najgorzej mają dzieci rodziców którzy przyjechali na kilka lat, czy takie dzieci potem będą w stanie poradzić sobie w polskim gimnazjum/liceum?? Czy będą miały stosowną wiedzę? Czy polski system edukacyjny ich nie przytłoczy?… Czy ktoś z nas o tym rozmyślał przed kupnem biletów w jedną stronę?
W artykule jest wspomniany jeszcze jeden problem- finansowy. Szkockie szkoły nie są w stanie pomóc językowo wszystkim dzieciom gdyż brak funduszy dla nauczycieli wspomagających. Autor artykułu na swoje pytanie, nie całkiem retoryczne, co z tym problemem zrobić dostał następując odpowiedź- emigranci „na chwilę” wynocha stąd. Muszę przyznać, że dużo o tym problemie myślałam. I doszłam do wniosku, że skoro chcemy by nas postrzegali jako ludzi odpowiedzialnych musimy takimi być. Ci z nas co są tylko na chwilkę na Wyspach powinni się zastanowić, czy gra warta świeczki, może lepiej albo zostawić rodzinę w PL albo samemu szukać w kraju rozwiązań naszych problemów. Natomiast emigranci na stałe powinni nauczyć się angielskiego przynajmniej na poziomie komunikacyjnym, a rodzice powinni pamiętać o tym iż amerykańskie kreskówki nie mają nic wspólnego ze szkocką wersją języka angielskiego. Dzieci nadal niewiele będą rozumiały. Rząd Brytyjski robi wielki błąd udostępniając wszelkie dokumenty w języku polskim, uważam, że to niedopuszczalne. Jak mówi stare polskie przysłowie wejdziesz między wrony musisz krakać jak i one. Pamiętam jak zapisywałam syna do szkoły sekretarka bardzo się ucieszyła, że mówię po angielsku. Przykre, poczułam się jak rara avis…Po kilku dniach zrozumiałam radość sekretarki gdy jako wolontariusz zaczęłam pomagać polskim dzieciom i ich rodzicom. Rodzice od dwóch, trzech lat w Szkocji i nadal ich jedynym językiem jest język polski. Dzieci w domu nie mają żadnego kontaktu z angielskim. Dla ich dobra należy coś zmienić w postawie i nawykach nas, ich rodziców. Czego sobie i Wam życzę. I naszym dzieciom.
jest anemicznie z kilku powodow- nie mam czasu, nie moge sie zdecydowac jaki chcarakter ma obrac blog po zmianie,a nie chce jeczec jacy polacy sa be jaki BT to …. itp chociaz tak by bylo najlatwiej i sa to tematy rzeki….
ROWNIEZ NA TEN TEMAT MOZECIE POCZYTAC U BISKUPINKI!!! WKROTCE TEZ UKAZE SIE MOJ ARTYKUL NA TEN TEMAT NA PORTALACH SZKOCJA.NET I LONDYNEK.NET, DAM WAM ZNAC:)))